Jesli chcesz dobra ocene, to badz oryginalny. Chodzi mi o to, ze jak bedziesz to tworzyl, to stan sie postacia, ktora ten list pisze. Wymysl sobie kogos, jakiegos charyzmatycznego bohatera, potem wejdz w jego skore i pisz z jego perspektywy. Bedzie to ciekawe, oczywiscie jesli uda ci sie osiagnac odpowiedni efekt. A jak juz wchodzic w czyjas skore, to niech to bedzie wiarygodne i jednoczesnie zabawne, bo kiedy spojrzy sie naszymi oczami na czlowieka lat minionych, to pod pewnymi wzgledami zachowania takiego czlowieka moga wydac nam sie zabawne. Mozecie sie smiac, ale nie pamietam zbyt wiele z lekcji historii, wiec nie pamietam tez dokladnie, co wtedy wymyslono i jak sie zylo, wiec moze moj przyklad okazac sie blednym, ale nie chodzi o sama tresc, ale o demonstracje tego, jak ja taki list widze.
[Cholera, dopiero teraz, juz piszac ten list, jeszce raz przeczytalem pierwszego posta i zauwazylem, ze tutaj chodzi o wpis do dziennika, tak wiec chyba to, co napisal ci sie nie przyda, ale i tak wysle, abys dokladnie wiedzial, o co mi wlasciwie chodzi. (uwaga, list przerwany w polowie zdania, bo wlasnie wtedy zerknalem na pierwszego posta) ]
Drogi Arnoldzie!
Musisz wybaczyć mi mój jakże wzburzony ton, ale świat się kończy, a ja nie potrafię zachować spokoju, kiedy walą się fundamenty mojego prywatnego wszechświata! Może wody jeszcze z oceanów nie wystąpiły, może góry nie dostały jeszcze tysiąca stóp i nie chadzają po świecie i może jeszcze ziemia nie pękła na dwoje, wypluwając ze swego wnętrza ognie piekielne, ale możesz wierzyć mi lub nie, ale gorsze rzeczy się dzieją! Zresztą, może sam już to zauważyłeś? Chociaż znając twoją wadę wzroku, ty byś i nawet kroczącej góry nie ujrzał, a co dopiero nowinki, o których tu piszę!
Ty mnie dobrze znasz, my przecie razem nauki odbieraliśmy, bywaliśmy na tych samych balach, potem wspólnie tartak prowadziliśmy… Więc ty dobrze wiesz, jaki jestem. A jeśli twój wysuszony mózg znów płata ci figle, to przypomnę tylko, że jestem dostojnym, ulepionym z najtwardszej gliny, nieprzelęknionym, szlachetnym dżentelmenem, co to honor stawia na piedestały. Tak, taki właśnie jestem i zawsze zdawało mi się, że nic nie jest w stanie mnie przerazić. Udało mi się przeżyć, gdy pierwszy raz zobaczyłem te ziejące parą stalowe puszki, co to pociągami zostały nazwane. Oczywiście, poczułem pewien niepokój, kiedy to pierwszy raz, w roku pańskim 1825, usłyszałem to szalone terkotanie, ale to było nic w porównaniu z szokiem, jakiego doznałem dziś! Ba, nawet