Konkurs revelation online!

Do wygrania jest 10 kluczy pozwalających wedrzeć się na nadchodzące, zamknięte testy! Nie będzie do jednak prosta walka. Waszym zadaniem będzie opisanie "dnia z życia wojownika" w TYM temacie. Pokonaliście smoka? Zniszczyliście ogromną cytadelę? Opowiadajcie, opisujcie. Najciekawsze historię będą miały szansę pograć w RO wcześniej a później podzielić się wrażeniami w komentarzach!

Pisarze! Klawiatury w dłoń!

DOPRECYZUJMY:

DZIEŃ Z ŻYCIA WOJOWNIKA - Opowiadanie fantasy/sci-fi w którym macie być głównym bohaterem. Narracja pierwszo/trzecioosobowa. Powinniście być w stanie utożsamić się z główną postacią.

REGULAMIN

Organizatorem konkursu jest My.com wraz z mmorpg.org.pl

1. Tekst musi być w formie opowiadania

2. Zakaz używania wulgaryzmów

3. Brak satysfakcjonujących odpowiedni nie oznacza, że wartościowe klucze oddamy każdemu.

4. W związku z powyższym ramy czasowe mogą zostać naciągnięte

5. Wymagana inwencja twórcza i odrobinę fantazji.

Zwracamy uwagę na jakość prac. Wszelkie próby "bycia śmiesznym na siłę" zostaną zdyskwalifikowane.

Wstałem rano, zjarałem szluga na tronie przy ostrym sraniu po wczorajszym kebabie na ostro, wstałem pierdolnołem 3 bandytów, 2 smoki i jednego żula ( nie było łatwo )

Nada sie ?

To mój dzień z życia wojownika. Już upadam, nie wytrzymam w tym toksycznym świecie.

Każdy żre każdego, normalnie jakby wszyscy kenchami grali

Mój dzień nie wygląda jak dzień normalnego wojownika. Otwieram oczy, zjedzony wcześniej smok zaczyna wracać do swojej prawdziwej formy powstając z soków trawiennych. Powtarzam walkę która trwała cały dzień, od upieczonego smoka, do jego obudzenia się. Uprawiam seks z moją kobietą, patrząc na początku jak moja sperma wychodzi z jej buzi. Od mojego dojścia do gry wstępnej. Następnie z moich ust wychodzi baranina, która wcześniej zjadłem. Myję zęby od tyłu. Z powrotem kładę się spać. Aż do dnia poprzedniego do godziny 23:59, gdzie to zazdrosna czarownica rzuca na mnie zaklęcie, które powoduje, że pod koniec dnia następnego, gdy zasnę. Mój dzień będzie trwać odwrotnie, w zależności jak go przeżyję :D

Narracja tylko i wyłącznie pierwszoosobowa?

W związku z "fantastycznymi" odpowiedziami postanowiliśmy sprecyzować regulamin.

Odbiegając od tematu wprowadziłbym też limit postów, co najmniej 50

Żeby nie było to nie offtop, tu będzie moje opowiadanie które napiszę jak będę miał chwilę czasu :D

Jeden dzień z mojego życia, hę? Dobra, niech będzie, opowiem wam o najważniejszym dniu w życiu każdego wojownika...

Powszechnie wiadomo, że każda epicka historia zaczyna się w karczmie, przy kuflu piwa i ociekającą tłuszczem pieczenią z dzika. Szczerze, też chciałbym, żeby tak zaczynała się moja opowieść. Niestety życie nie jest sielanką, a ja nie jestem wspaniałym bohaterem w lśniącej zbroi z potężnym mieczem o śmiesznym imieniu.

Jestem włóczęgą, maruderem, idę tam gdzie znajdę jedzenie i dach nad głową. Tego dnia szedłem śladem dużego oddziału wojska, które przejechało tędy kilka dni temu, niewiele zostawili, większości spaloną ziemię i ciała... Mnóstwo ciał, mężczyźni, kobiety, dzieci... Część spłonęła wraz z wiejskimi chatami, inni zabici, bez litości przez żołdaków. Najmniej szczęścia miały kobiety w młodym wieku...

W pobliżu kręcili się podobni do mnie, ludzie bez sumienia, bez honoru. Gdzie jedynym ich celem jest przeżyć bez względu na wszystko. Rzadko kiedy ze sobą rozmawiają, czasem tylko wybuchnie bójka o resztkę znalezionego chleba. I tym razem nie było inaczej. Przy resztkach budynku, wyglądającego jak kościół szarpało się trzech lub czterech ludzi. Przekrzykując się wzajemnie, ewidentnie się o coś kłócili. Normalnie omijam takie miejsca, ale tym razem coś mnie tchnęło, żeby sprawdzić o co chodzi. Podszedłem skrajem lasu, starając się nie zwracać na siebie uwagi. Mężczyźni krzyczeli w obcym mi języku, ale długo nie zajęło zanim zobaczyłem o co się kłócą, albo raczej o kogo. Pod jedną ze ścian siedziała stara kobieta z dzieckiem na oko 10 letnim. Dziewczynka wtulona w pierś kobiety szlochała cicho, natomiast niewiasta przerażonym wzrokiem patrzyła na otaczających ją ludzi.

W pewnym momencie jeden z maruderów podszedł do nich i bezceremonialnie wyrwał dzieciaka z ramion kobiety, po czym pewnym ruchem poderżnął staruszce gardło. Dziewczynka już nie płakała, krzyczała jakby ktoś obdzierał ją ze skóry. Pozostała trójka mężczyzn przytrzymała ją za ręce, czwarty zdzierał z niej ubrania.

Może powinienem był ich powstrzymać, heroicznie rzucić się na oprawców i zabić ich bez litości. Może powinienem był to zrobić... Ale nie zrobiłem. Odszedłem z tamtego miejsca, a załamujący się głos dziecka słychać było jeszcze wiele metrów dalej.

Nie jestem dobrym człowiekiem, jestem włóczęgą, nie mam honoru, nie mam sumienia. Brutalny świat wyprał mnie z uczuć. Od dziecka byłem skazany na śmierć, porzucony jako niemowlę, bity jako dziecko. W wieku 16 lat zgarnęło mnie wojsko, walczyłem za władcę którego nie znałem, za ojczyznę której nienawidziłem. Byłem wściekły na wszystko co mnie otaczało. W wieku 20 lat straciłem lewą dłoń, gdy miałem 22 nie miałem oka i fragmentu nosa. W wieku 24 lat zdezerterowałem, zabijając dwóch strażników i okradając wojskowy magazyn. Ścigali mnie przez długi czas, jak zwierzynę, nie dawali mi odpocząć, ni w nocy ni w dzień. Udało mi się uciec, ale okupiłem to strasznym cierpieniem i bólem i jeszcze większą nienawiścią. Od tamtej pory tułam się po świecie, a emocje powoli mnie opuszczały pozostawiając pustkę i niemoc.

Tak samo było wtedy, przy kościele, kiedy dobierali się do 10-letniego dziecka. Nie czułem nic, żadnych uczyć, żadnej złości czy wstrętu. Szedłem dalej po drodze spotykając podobne sceny i obrazy. Mordowani ludzie, gwałcone kobiety, palone domy. Czym bliżej przejeżdżającego tędy wojska, tym bardziej świat wydawał się bardziej mroczny, zadymiony.

Kiedy niebo stało się czarne od dymu, a powietrze zaczął wypełniać odór palonej ziemi zacząłem się ukrywać, nie miałem zamiaru spotkać żołdaków. Dotarłem do kolejnej wioski, położonej nad jeziorem, którego woda wydawała się czarna jak smoła. Wojsko jeszcze tu było, a właściwie straż tylna, starająca się dobić i ograbić to co zostało. Było ich około 40, wojownicy w skórzanych zbrojach, większość z nich z mieczem i okrągłą tarczą u boku. Stali wokół grupki ludzi związanych na środku osady. Były tam kobiety, i dzieci, mężczyzn nie było, mężczyźni leżeli dalej, na stercie ciał.

Coś huknęło, gejzer płomieni uderzył prosto w część oddziału, zabijając ich na miejscu, w miejscu uderzenia powstał 10 metrowy krater. Wieśniacy w przerażeniu zerwali się na nogi uciekając w różnych kierunkach, nic im to nie dało. Pozostali żołnierze szybko się pozbierali, wybijając tych którzy uciekali za wolno. Została tylko jedna kobieta, która nie wiadomym sposobem oswobodziła nogi i co sił biegła stronę lasu. W moją stronę. Już wtedy wiedziałem, że nie ma szans na ucieczkę. Było ich za dużo, mieli konie, na które część już zdążyła wskoczyć, szykując się do pogoni za dziewczyną. Wstałem zrezygnowany, było mi wszystko jedno. Dziewczyna widząc mnie przyśpieszyła, jakby spodziewała się rycerza na rosłym koniu, na wybawiciela który ją uratuje. Schowała się za moimi plecami, szlochając opadła na ziemię, kiedy wojacy nas otoczyli. Było ich około 20, może 25. Jeden z nich wysoki i barczysty o wyglądzie młodzieńca wyszedł przed resztę przypatrując mi się pilnie.

- No, no, jednak ktoś nam umknął. - wskazał na mnie palcem - Związać go i dziewczynę i na wóz, kogoś musimy wziąć.

Spokojnym ruchem wyjąłem miecz, stary i zardzewiały nosił ślady wielu walk i potyczek. Młodzieniec widząc mój ruch tylko się uśmiechnął.

- Odłóż to żelazo staruszku, chyba że chcesz umrzeć.

Na skinienie rycerza jeden z żołnierzy wystąpił do przodu celując we mnie ostrzem swojej klingi.

- Graj muzyko - westchnąłem po czym krótkim sztychem wbiłem żelazo w szyję napastnika.

Reszta jakby na to czekała rzucając się na mnie ze wszystkich stron. Skoczyłem szybkim ruchem do przodu, opierając się od swojego poprzedniego rywala w przelocie rozłupując czaszkę kolejnego. Broń w mojej dłoni znowu odżyła, jak za dawnych lat. W blasku słońca wydawała się jego promieniem. Szybkim i morderczym. Unik, parada szybka kontra i zwód. Przebiłem się przez pierwszą falę, ale za nią byli kolejni. Cięcie w tętnicę szyjną, uderzenie głowicą miecza w szczękę, cięcie pod pachę i w pachwinę. Krótkie, mocne cięcia niosące śmierć.

Żołnierze nie byli jednak dłużni, jeden trafił mnie w kolano, drugi zahaczył końcówką miecza w czoło. Krew zalała mi oczy, noga odmawiała posłuszeństwa, ale ostatkiem sił walczyłem dalej, z każdym kolejnym cięciem byłem coraz wolniejszy.

- Dość - komenda rozdarła dźwięk żelaza - wystarczy, odsuńcie się. Barczysty młodzieniec stanął przede mną pewnie trzymając swój miecz w dłoniach. - Nieźle jak na ten wiek staruszku. Nie spodziewałem się takiego oporu po jednym człowieku.

- Pie***l się - wyplułem razem z krwią ściekającą mi po brodzie.

Chłopak przekrzywił głowę przyglądając się mojej twarzy. Jego niebieskie oczy wwiercały się we mnie. Bez ostrzeżenia rzucił się na mnie celując ostrzem w szyję. Resztką sił odskoczyłem do tyłu, upadając na krwawiącą nogę. Ból sparaliżował całe moje ciało, ta chwila wystarczyła, chłopak doskoczył do mnie wbijając mi swój pozłacany miecz w pierś i przygniatając całym ciężarem ciała. Czułem jak uchodzi ze mnie życie, jak stal pali moje wnętrzności niczym rozżarzony węgiel, czułem jego oddech na swojej twarzy, jego niebieskie oczy wisiały tuż nad moimi.

- Pie***l się - powtórzyłem wbijając mu sztylet prosto w głowę.

Jeden dzień z mojego życia, hę? Dobra, niech będzie, opowiem wam o najważniejszym dniu w życiu każdego wojownika... O dniu mojej śmierci...

Dobry, małe opowiadanie, mam nadzieję, że się spodoba :^)

Kolejny zwyczajny dzień… A tak przynajmniej mi się wydawało. Jak to każdego dnia, wyruszyłem w podróż po pustyni, która otaczała portowe miasto Pronta. Obowiązkiem każdego z rycerzy króla Swedusa, któremu tytuł rycerski został oficjalnie nadany na ceremonii było obowiązkiem pomaganie mieszkańcom królestwa. Przez ostatni miesiąc moim zadaniem było oczyszczanie pustyni z plugawych istot zwanych Nerubianami. Nikt nie wiedział skąd one przybyły, jednak były one znaczącym problemem – było ich za dużo. Po drodze do znanych nam siedlisk nerubianów, spotykałem wielu śmiałków, którzy wracali do bezpiecznego miasta. Niestety wielu z nich było ciężko rannych, co jednak nie było dla mnie zaskoczeniem. W końcu po kilku godzinach forsownego marszu dotarłem na miejsce, wejście do tej kopalni nie było zaznaczone na mapach, znała je tylko garstka osób. Nie pozostało nic innego jak tylko rozkopać wejście i wskoczyć do środka.

Od razu po wejściu na tereny nerubianów zostałem przywitany przez kilka z nich. Okropne stworzenia, wyglądały jakby wyszło prosto z piekieł na żądanie któregoś z władcy z piekielnej trójcy. Nerubiany są złote, jednak ten złoty jest nieczysty, tak jak nieczyste są ich dusze, jeżeli jakiekolwiek posiadają. Zwinne, szybkie istoty chodzące o 4 nogach, jednak w dalszym ciągu posiadające parę kończyn dłuższych niż pozostałe, które służą im do walki. Potworów tych nie można lekceważyć, atakują zawsze w grupach, wielu niedoświadczonych poszukiwaczy przygód zaginęło próbując wykazać się bohaterstwem na wyprawach w te strony. Tym razem na przywitanie spotkałem tylko dwa nerubiany, które pokonałem z łatwością. Po tylu latach walki z nimi, wiedziałem już jak używać słonecznego topora aby walka ta była jak najmniej męcząca i jak najkrótsza. Zagłębiałem się dalej w jaskinie spotykając pojedyncze nerubiany, jakby to byli tylko ich zwiadowcy. W końcu dotarłem do największej jaskini, jednak gdy ją zobaczyłem, byłem przekonany że tutaj też będzie mój grób. Miałem wrażenie, jakby wszystkie nerubiany zasiedlające całą kopalnię spotkały się w tym jednym miejscu i czekały na mnie. Wtedy też, jeden z nerubianów, największy z nich o jak mi się wydawało najbardziej skażonej powłoce przemówił do mnie.
- Przybyłeś i ty, pogromca wielu z mych braci, jednak tutaj kończy się twoja podróż – był to pierwszy nerubian, który posługiwał się naszą ludzką mową.
- Jeżeli chcecie zakończyć moją podróż ku odkupieniu tych ziem, spróbujcie! – powiedziałem nie okazując strachu, który mnie ogarnął. W tym też momencie, nerubiany rzuciły się do ataku. Po mimo iż po wielu latach walk z nimi wiedziałem, w jaki sposób atakują w atakach tych potworów było coś dziwnego, atakowały jakby koordynując swoje poczynania z resztą. Jednak nie było to problemem, wspaniała tarcza podarowana mi przez samego króla była wystarczająca, aby zablokować ich ataki, jednak tak mi się tylko wydawało. Po kilkunastu minutach wycieńczającej walki, nerubiany zmieniły sposób ataku, jakby znały moje ruchy i wiedziały w jaki sposób atakować, aby zabić oprawcę swoich pobratymców. Ich ataki uświadomiły mi, jak niedoskonała jest moja obrona, jak również atak, nie byłem w stanie wyprowadzić kontrataku. Jednak to był to tylko początek tej zaciekłej walki, w tym momencie przyszedł moment przełomowy. W momencie w którym uświadomiłem sobie, że ta jaskinia może naprawdę być moim grobowcem, wszystkie ograniczenia zaniknęły. Aby dalej żyć, musiałem użyć swojej pełnej siły. Zdołałem odskoczyć od oprawców na tyle, że dali mi wystarczająco dużo czasu na wypowiedzenie magicznej inkantacji, której nauczył mnie lata temu mędrzec ze wschodu. Magiczna umiejętność której użyłem, nie miała sprecyzowanej nazwy, słyszałem tylko jak nazywana była „bohaterstwem”. Zwiększyła ona moją szybkość, siłę i zwinność na tyle, że bez problemu przedzierałem się przez zastępy nerubianów. Słoneczny topór sprawdzał się znakomicie, wydawałoby się jakby był błogosławiony przez samych bogów, jakby był stworzony do wygnania plugastwa z naszego świata. Cała jaskinia wypełniła się zieloną krwią nerubianów, jak również ich odciętymi odnóżami i rozciętymi odwłokami, nie byłem w stanie powiedzieć ile nerubianów zakończyło swój nędzny żywot tego dnia. Na sam koniec została potyczka z jakby mogło się wydawać, władcą nerubianów, jednak był on nikim więcej jak przerośniętym potworem, nie obdarzonym wcale większa mocą. Próbował coś powiedzieć, jednak wraz z odgłosem topora wbijającego się w jego głowę, jego usta zamilkły. Po mimo kończącego się efektu „bohaterstwa”, byłem w stanie rozdzielić jego tułów na dwie połowy, dzięki czemu pokonałem ostatniego wroga. Byłem wycieńczony, jednak nie mogłem sobie pozwolić na odpoczynek, musiałem jak najszybciej wydostać się z tego przeklętego miejsca. Wracając przez pustynię do miasta, spotkałem wędrowca, który wydawał mi się tą samą osobą, która nauczyła mnie inkantacji bohaterstwa. Dzięki swojej wiedzy, zatamował krwawienie, dzięki czemu przeżyłem.
- Myślę, że jesteś już wystarczająco silny aby się odrodzić… - powiedział wędrowiec, gdy miałem już odchodzić.
- Odrodzić? – zapytałem.
- Nie mogę wyjawić Ci szczegółów, jednak jeżeli chciałeś kiedyś być nie tylko zwykłym rycerzem, jednak być w stanie poznać tajniki magii, zastanów się nad tym, co proponuję.
To co mówił mędrzec było zastanawiające, jednak miał rację – w młodości miałem pragnienie poznania magii, bycia w stanie używać najznamienitszej magii tego kraju, magii lodu. Po chwili zastanowienia, zgodziłem się… Co było dalej nie pamiętam, jednak obudziłem się podobno kilka dni po tym jak znaleziono mnie na pustyni. Obudziłem się w świątyni, jednak nie wiedziałem skąd się tutaj wziąłem. Gdy byłem już na tyle sprawny aby móc ruszyć dalej o własnych siłach, zauważyłem coś niespotykanego. Zbroja, którą ledwie kojarzyłem, zbroja która służyła mi przez tyle wcześniejszych lat bez problemów, dzisiaj była jakby obciążeniem. Nie mogłem utrzymać mojego topora w jednej ręce, tarcza również była dla mnie obciążeniem. Czy to właśnie to miał na myśli tajemniczy wędrowiec, wspominając o „odrodzeniu”? Jednak zauważyłem również drugą ciekawą rzecz, magia lecznica, którą posługiwali się kapłani w świątyni nie była już dla mnie taką zagadką. Nigdy wcześniej nie studiując sekretów magii, byłem w stanie zrozumieć na czym polega magia. Czyżby poprzez odrodzenie spełniło się także moje marzenie o używaniu magii? Kolejne lata spędziłem na odzyskiwaniu dawnej siły jak i studiowaniu sekretów magii. Znalazłem informacje o bohaterze zwanym strażnikiem, który tak jak ja potrafił używać zarówno broni do walki wręcz jak i magii, a nawet ciężki pancerz nie przeszkadzał mu w używaniu najpotężniejszych zaklęć. Po wielu latach tułaczki i odzyskiwania dawnych wspomnień, nabierania ponownej wprawy o we władaniu bronią trafiłem do lodowego miasta Valkyrion. Zostałem przez Delora, strażnika tego właśnie miasta o pomoc. Zostałem poproszony o odwiedzenie jaskini na północ od miasta, gdyż wyczuwał on pochodzącą stamtąd złą energię. Po dotarciu na miejsce, sam również byłem w stanie odczuć coś, czego nie czułem nigdy wcześniej, jakby bramy piekieł otwierały się na moich oczach. Po wejściu do jaskini napotkałem lodowych gigantów, którzy byli zbyt przerażeni, aby walczyć. Nie było to normalne, gdyż są one uważane za stworzenia agresywne wobec obcych. Jednak nie zbaczając na to, zagłębiałem się dalej i dalej w głąb jaskini. Ku mojemu zdziwieniu, nie napotykałem żadnych potworów, jedynie ich ciała. Zarówno krew jak i ciała były świeże, krew nie zdążyła zgęstnieć – ktoś musiał wejść do tych jaskiń na krótko przede mną. Docierając prawie do samego serca kopalni w Valkyrion, spotkałem grupę poszukiwaczy przygód, a przynajmniej tak mi się wydawało. Byli to wojownicy i magowie z jednej z największych gildii zrzeszających takich właśnie ludzi w tych stronach. Po dłuższej rozmowie z nimi, okazało się, że to sam pan ostrzy, Ghazbaran we własnej osobie pofatygował się do naszego świata. Ta grupa ludzi została wyznaczona, aby go zniszczyć, jednak odnieśli zbyt duże rany docierając do tego miejsca. Bez chwili namysłu postanowiłem im pomóc – rysując magiczny krąg na ziemi i wypowiadając inkantację, zostały uleczone wszystkie ich rany. Nawet kapłani podróżujący z nimi byli zdziwieni tym faktem, że ktoś w pełnej zbroi jest w stanie czegoś takiego dokonać, jednak nie opowiadałem im mojej historii, nie byli najwidoczniej przygotowani na spotkanie kogoś takiego jak ja. Postanowiliśmy razem zapolować na władcę piekieł, wykorzystując to, że pojawił się dość niedawno i zapewne nie będzie przygotowany na nasz atak. Był to nasz wielki błąd… Po zejściu poziom niżej spotkaliśmy demony – demony z piekieł przyszły razem z Ghazbaranem aby pomóc mu w niszczeniu świata, jednak nie były one zbyt wielką przeszkodą dla tak dużej grupy wojowników jak nasza. Przed nami ukazały się schody, jak wielu z nas wyczuwało – pan ostrzy był właśnie tam. Postanowiliśmy iść powoli w kierunku źródła tej złej mocy, gdyż nie wiedzieliśmy co na nas czekało. Po zejściu na ostatni, najniższy poziom kopalni zostaliśmy przywitani przez grupę demonów, które zostały przywołane wraz z Ghazbaranem – jednak nie były to demony takie jak wcześniej, te były inne, silniejsze. Były to potwory stworzone do niszczenia, szybkie i potężne, jednak bezrozumne. Były one stworzone tylko do niszczenia, co wykorzystaliśmy i szybko się z nimi uporaliśmy. Po tym, postanowiliśmy się przegrupować, rycerze mieli ochraniać magów i kleryków, to było nasze główne założenie. W pewnym momencie, w jednej sekundzie z ciemności wyłonił się sam Ghazbaran – ogromny niebieski potwór z mistycznymi wzorami wyrytymi w swej skórze. Ogromne szpony jak i rogi wydawały się być stworzone do zabijania. Doskoczył on do jednego z rycerzy, którego zabił jednym ciosem. Po nim zauważył kapłanów, których jako demon obawiał się najbardziej. Jednak zauważyłem to i ja, tak też skoczyłem pomiędzy Ghazbarana i kapłanów chroniąc ich. Kazałem im przygotować zaklęcie, którym władca piekieł mógłby zostać uwięziony, z kolei magowie mieli przygotować swoje najsilniejsze zaklęcia destrukcyjne, gdyby to nie zadziałało, zostałoby nam modlić się o łagodną i szybką śmierć. Tak bardzo jak Ghazbaran chciał zabić kapłanów, tym bardziej ja chciałem ich ochronić. W końcu odważyłem się sprowokować i wyzwać samego władcę piekieł. Ten nie mógł przełknąć tego, że zwykły śmiertelnik mógł w ten sposób odezwać się do niego. Rozpoczął on szaleńczy atak, który musiałem odeprzeć, jeżeli chciałem myśleć o przetrwaniu. Kazałem się reszcie rycerzy nie zbliżać, gdyż widziałem po ich wyrazie twarzy, że nie są gotowi na takie wyzwanie. Wykorzystując umiejętności, które zdobyłem przez ostatnie lata zaatakowałem pana ostrzy magią lodu, jednak po mimo iż na początek wydawało się, że udało mi się go zamrozić, po chwili usłyszeliśmy tylko szyderczy śmiech – tak, był to śmiech Ghazbarana. Bez chwili namysłu odciąłem jeden z jego rogów – wtedy też uwolnił się on z lodowego uścisku, był rozwścieczony utratą rogu, jednak nie było to dla niego żadnym problemem. Jako władca piekieł znał prawie każdy rodzaj magii, nie zajęło mu dużo czasu przywrócenie złamanego rogu. Jednak był to dla nas ważny fakt, uświadomiliśmy sobie wtedy, że po mimo iż jest to władca piekieł, z naszą bronią i magią odpowiednio użytą, jesteśmy w stanie go pokonać. Wtedy też przypuściłem szturm. Używając magii bohaterstwa jak i szału berserkera, postawiłem swoje życie na szali – albo tym atakiem kupię nam wystarczająco dużo czasu, aby odesłać Ghazbarana tam skąd przyszedł, albo też zostanę pokonany jednym ciosem, zostanę rozgnieciony jak robak. Jednak udało się mi kupić magom wystarczająco dużo czasu – skończyli oni przygotowywać swoje zaklęcia. Gdy usłyszałem tylko dźwięk powstających kul ognia czy też używanych starożytnych run śmierci chciałem odskoczyć, jednak przyszedł niespodziewany moment… Efekt szału berserkera skończył się i moje ciało było na tyle wycieńczone, że nie mogłem się ruszyć. Pogodziłem się już ze śmiercią, gdy zaklęcia zaczęły mnie omijać – to właśnie była siła magów z gildii, potrafili oni kierować swoimi zaklęciami. Ghazbaran został na tyle osłabiony, że kapłani nie mieli większego problemu z odesłaniem go do piekła. Gdy przechodził przez bramę, ostatnimi siłami odciąłem jego rękę – pozostała ona z nami na tym świecie. Po odesłaniu władcy piekieł, z jego ręki zaczęły wypływać strumienie krwi. Zauważyliśmy jednak coś bardzo dziwnego, jego krew zaczęła przybierać formy najróżniejszych przedmiotów. Zaczęły się formować tarcze, topory jak i również zbroje, a przede wszystkim złoto. Nie było mi dane jednak obejrzeć naszych zdobyczy – poczułem jak moją klatkę piersiową przeszywa magiczna broń, a dokładniej magiczne ostrze, które widziałem u jednego z rycerzy. Mój wyraz twarzy musiał zadawać pytanie „dlaczego?”, jednak nie byłem w stanie wyksztusić z siebie ani jednego słowa. Usłyszałem tylko odpowiedź „niestety jesteś za silny, nie możemy pozwolić ci żyć, pr…”. Jest to ostatnia rzecz jaką pamiętam z tamtego dnia…

Gdy straciłem przytomność miałem wrażenie, jakby sam anioł zszedł z niebios i nie pozwolił mi odejść, jakby podnosił moje ciało i duszę i zabrał ją z tamtego plugawego miejsca. Pamiętam tylko światło, jednak musiała to być zasługa moich podróży po świecie, podczas której szukałem mędrca, który obdarował mnie odrodzeniem. Podczas tych podróży spotkałem wielu uczonych, zarówno wielu kapłanów kościoła którzy obdarowali mnie swoim błogosławieństwem, mam wrażenie jakby to, że dalej żyję była właśnie ich zasługa. Mimo iż nie pamiętam, co tak naprawdę moi zabójcy chcieli powiedzieć, mam teraz jeden cel w życiu – odnaleźć tych, którzy sądzą że mnie zabili, a jednocześnie pokazać im, jak wielka jest siła wiary.

@iamthekidyouknowwhatimean jeśli będzie to coś fajnego to równie dobrze możesz być obserwatorem, ważne żeby bohaterem zajścia była postać z którą jesteś w stanie się utożsamić. @byczsek nie każdy niestety ma konto na forum. Ograniczenia zatem nakładać nie będziemy natomiast pierwszym, trzem "graczom" mówimy papa ;)

dzień 47 dzień w górach ostrych szponów, po wczorajszej wizycie u jednego z górskich plemion uzupełniłem moje zapasy oraz naostrzyłem moją zardzewiałą od krwi klingę która uratowała mi życie już wiele razy od początku wyprawy. Gdybym wiedział co się stanie nigdy bym nie wziął tego zlecenia, ale wydawało się takie łatwe a nagroda była więcej niż warta tego, znaleźć kilka składników alchemicznych i pokonać grupę przydrożnych zbirów po drodze dołączyło nawet kilku fajnych towarzyszy podróży : pasterz kóz kryształoworożnych młoda alchemiczka i dwóch innych wojowników, kto mógłby przewidzieć że pasterz okaże się wtyką bandytów i zaprowadzi nas w pułapkę, a dwójka wojowników okażę się tchórzami bez kręgosłupa co uciekli przy pierwszej okazji, próbowałem bronić dziewczyny ale ich było za dużo powalili mnie na ziemię i ogłuszyli maczugą zanim straciłem przytomność widziałem jak alchemiczka próbowała uciec ale bandyci rzucili się na nią jak zwierzęta. Następne co pamiętam to widok rzeki płynącej w dolinie, domyślam się że bandyci wyrzucili mnie tu na pożarcie bestiom. ustabilizowałem złamaną drogę i ruszyłem na poszukiwanie drogi wyjścia. Zostałem zmuszony do picia krwi bestii i pożerania ich mięsa aby przetrwać, wszystko to się opłaciło gdyż jestem już niedaleko obozu rabusiów, sprawię by w swych ostatnich sekundach żałowali że mnie nie zabili i nie spocznę dopóki nie napiję się z czerepu tego zdrajcy. widzę dym na horyzoncie, czas ruszyć po moją zemstę...

W ten dzień mistrz jak zwykle zaczął od przepytania mnie i sprawdzenia moich umiejętności, ale dzień ten był inny niż normalny, ponieważ po zakończeniu lekcji symboli magiczny. Mistrz powiedział mi że okres nauki jest już skończony oraz że sam zaraz zniknie, ponieważ skończył to, co było mu przepowiedziane. Ja młody wojownik symboli Kitriela mogłem jedynie patrzeć jak mistrz i moja jedyna rodzina rozpływa się w złocistej poświacie nie widziałem co zrobić przez kolejne kilka godzin płakałem, błagałem, krzyczałem ze złości by powrócił przecież jeszcze o tylu rzeczach nie wiedziałem.

Pod wieczór jak już łzy nie płynęły z oczu postanowiłem opuścić dom, który stał się zbyt przygnębiający oraz nieprzyjemnie mroczny. Postanowiłem jeszcze, że za nim stąd odejdę przejdę się jeszcze na polane w lesie gdzie znalazł mnie mistrz. Podchodząc do polany wyczułem, że coś jest nie tak, po chwili usłyszałem dziwne dźwięki. Nałożyłem na siebie kilka ochronnych oraz ukrywających symboli. Ostrożnie zacząłem się skradać na polanie gdy przy wielki drzewie spostrzegłem dwa demony drugiego poziomu piekła, które atakowały jakaś dziewczynę. Zobaczyłem, że jest ona bardzo poraniona i cała we krwi. Przemówiły do mnie nauki mistrza, które mówiły ze muszę pomoc osobie w potrzebie. Więc dyskretnie skierowałem symbole szybkiego zabijania i powaliłem oba demony. Podszedłem do kobiety ona także była demonem, chociaż nigdy o takim nie słyszałem. Miała postać kobiety o pięknych czerwonych włosach, ubrana była w długa suknie, z lewego rękawa wyłaniała się dłoń pokryta bardzo dziwnymi i demonicznymi tatuażami. Gdy przeniosłem wzrok na jej twarz zamarłem, zauważyłem ze miała ona zaszyte oczy co musiało stać się bardzo dawno. Zastanawiałem się co począć czy jej pomóc czy nie bo jednak była demonem ale tutaj znowu ujawniły się nauki mistrza. Postanowiłem ze zabiorę ją do domu i wyleczę bo chociaż znałem magiczne symbole, które także leczą nie znałem jednak żadnych, które oddziaływają na demony. Dlatego do jej leczenie będę musiał wykorzystać wiedze ziół oraz księgi…


		</p>
	</div>
</div>

Ok poprawione ^^

Co kryje się pod słowem 'wojownik'?

Wojownik (dawniej: woj) – osoba zajmująca się walką (niekoniecznie profesjonalnie).

W społeczeństwach plemiennych w toczenie wojen bywała zaangażowana cała męska część populacji, np. u Gurkhów, Maorysów oraz w dawnych plemionach celtyckich, germańskich i słowiańskich. W bardziej rozwiniętych społeczeństwach wojownicy często tworzyli własną kastę lub stan[1].

W czasach feudalizmu wasalowie formowali samodzielną klasę wojowników – rycerzy, mimo że w walce uczestniczyli także przedstawiciele innych stanów.

Wojownicy zawodowi to ludzie opłacani należący do jednej z dwóch kategorii:

  • żołnierz, gdy walczy w imieniu swojego państwa:
  • najemnik, gdy jego służba ma charakter czysto komercyjny i nie ma związku z narodowością danej osoby.

Ocena osoby uczestniczącej w aktach przemocy jest subiektywna i w dużej mierze zależy od okoliczności. W wielu przypadkach istnieją trudne do rozstrzygnięcia spory co do faktu, czy dana osoba jest lub była chuliganem, gangsterem, terrorystą, rebeliantem,bojownikiem o wolność, najemnikiem czy żołnierzem.

https://pl.wikipedia.org/wiki/Wojownik

Ale wojownik może odnosić się do sfer duchowych. Równie dobrze wojownikiem może być czarodziej, przynajmniej tak myślę. Dlatego jestem skonfundowany i nie wiem, czy mogę dodać moje 'magiczne' opowiadanie, lub nie tyle 'magiczne' co odnoszące się do sfer życia codziennego w wioskach fantastycznych, pozbawionego konkretnych hierarchii i podziałów na klasy.

@CicutaVenenum jasne że możesz ;)

Wojownik

Był ranek, jasne słońce świeciło mocniej niż zazwyczaj wręcz oślepiało blaskiem ale tak było przecież zawsze na tej stacji kosmicznej. Wstałem, przeciągnąłem się i poszedłem do łazienki. Po szybkim prysznicu ubrałem się w mój standardowy strój, długi czarny płaszcz z kapturem, koszula a na nią zbroja, spodnie, pas i na tym pasie dwa blastery DC-15s i moje miecze świetlne. Biorąc je do ręki przypomniały mi się stare dobre czasy gdy jeszcze nie zostałem wyrzucony z zakonu jedi za masowe wybicie ludzi. Ciemna strona mnie podkusiła i straciłem panowanie a potem było już za późno, wokół pełno ciał a do mnie biegną mój mistrz i jego przyjaciel, skuli mnie i zabrali przed oblicze rady a tam zostałem wyrzucony. Lecz zanim wyprowadzili mnie z sali zdążyłem zabrać miecz i uciec. Uciekłem jak tchórz. Wstydziłem się tego bardzo. Westchnąłem głęboko na myśl o wspomnieniach i przyłączyłem go do pasu. Następnie usiadłem przed holo-netem i zacząłem przeglądać oferty pracy. Po ucieczce zostałem łowcą nagród i taki żywot już wiodę od dobrych 5 lat. Przeglądając oferty pracy wreszcie znalazłem, John Finner były żołnierz Imperium, masowy ludobójca, żywy lub martwy nagroda 25,000 kredytów. Zlecenie wystawione przez Republikę, jedyny problem to to że mogą mnie rozpoznać. Nagroda była wysoka a ja wiedziałem gdzie gość mieszka, więc przyjąłem ten kontrakt. Postanowiłem się przygotować i wyruszać czym prędzej nim ktoś mnie ubiegnie. Wziąłem ze sobą dwa granaty, blastery, miecze i stary snajperski karabin BL-28. Wyruszyłem do dolnej dzielnicy bo tam zabunkrował się Finner.

Wiedziałem że wynajął mieszkanie w małym 3 piętrowym bloku. Problemem było tylko w który mieszkaniu a ich było 30. Niestety dane które mi przekazano znów nie były kompletne. W 30 minut udało mi się dojechać do dolnej dzielnicy. Blok znalazłem w kolejne 30, bo nie powiedziano mi w jakim bloku. I wtedy największym problemem dla mnie było znalezienie mieszkania. Tuż obok tego bloku był drugi 5 piętrowy. Wszedłem na jego dach by przy pomocy snajperki zlokalizowałem po oknach jego mieszkanie i udało się. Numer na oknie w którym zobaczyłem jednego z łowców nagród był 29. Przedostatnie mieszkanie a oni mnie już ubiegli, jedyną nadzieją dla mnie było tam teraz pójść i zabrać im go. W 3 minuty dostałem się na ostatnie piętro i momentalnie usłyszałem strzał z blastera. Pocisk przeleciał tuż obok mnie. Na końcu korytarzu jeden z łowców nagród zobaczył mnie i natychmiast zaczął strzelać.Odruchowo odskoczyłem, kolejny pocisk przeleciał mi tuż na głową. Już chciałem rzucać granat ale pomyślałem o innych żyjących tu osobach i się zawahałem. Błąd! I to kolejny! Tamten łowca nagród zdążył już przyskoczyć z dwoma vibro-nożami. Zaczynał ciąć od góry zrobiłem unik w lewo i uderzyłem go w brzuch. Lekko się zachwiał i w tym momencie wykręciłem mu jedną rękę i zabrałem nóż po czym uderzyłem go z całej siły rękojeścią noża w głowę. Zachwiał się i upad nieprzytomny. Gdy ponownie wszedłem na górę kolejny już wybiegał zza rogu. Natychmiast wyciągnąłem jeden blaster i posłałem 3 strzały. Dwa trafiły, jeden w głowę, drugi w brzuch. Leżał na martwy. Wyjąłem drugi blaster i pobiegłem do pokoju, w którym był jeszcze 3 z nich. Stał trzymając jedną ręką karabin blasterowy wycelowany w Finnera a w drugiej trzymał ładunek wybuchowy. Miałem wybrać albo wszyscy giną albo go przepuszczam. Ja wybrałem 3 opcję, użyłem mocy i rozkazałem mu rozbroić ładunek i puścić Finnera a potem założyłem mu kajdanki elektroniczne łowców i uderzyłem go tak by stracił przytomność. Kolejną sprawą było powiadomienie straży by ich zabrali. Potem wziąłem i posadziłem Finnera, założyłem mu kajdanki, płaszcz jednego z łowców i wyszliśmy z bloku. Finner nie opierał się. Widział co zrobiłem tamtemu łowcy, wiedział już że nie ucieknie więc zaczął błagać by go nie zabijać. Błagał by go nie dusić, nie przebijać mieczem, wolał iść do Imperialnego więzienia niż zginąć z ręki... no właśnie kogo? Myślał że jestem sithem. Dałem mu do zrozumienia że nie jestem ani jedi ani sithem i że ogłoszenie wystawiła republika. Więcej nie błagał czasem tylko mówił coś do siebie. Co chwile sprawdzałem holo-net ale wciąż nie podali miejsca gdzie mam go oddać. Więc napisałem do nich, po 2 minutach odpowiedzieli, zachodnie doki, blok R, numer 43. Zachodnie doki znajdowały się 2 godziny drogi stąd holo-taxi. Musiałem czekać. Po 2 godzinach dotarliśmy. Nareszcie czułem że to koniec i że dostanę wreszcie kredyty. To miał już być koniec, niestety nie był.

Weszliśmy do doków. W oddali widać było wielki statek jedi. No właśnie jedi. Mieli być to zwykli żołnierze a nie jedi. A najgorsze było to że był to mój stary mistrz z dwoma nowymi uczniami. Bałem się że mistrz mnie wyczuje ale wracać teraz jak mnie już widzą byłoby podejrzane więc sam zacząłem powoli podchodzić. 1 na spotkanie podbiegł uczeń. Młody około 15 tuż za nim pojawił się 2 uczeń, wyglądał na około 25. Ostatni podszedł mistrz. Przekazałem im więźnia i zapytałem czy teraz jedi zajmują się zabieranie przestępców. A on powiedział że to nie moja sprawa i powiedział bym podał swoje konto, podałem. Po chwili widniała tam sumka całych okrągłych 25,000 kredytów.Za szybko się odwróciłem. Nagły zwrot w drugą stronę odkrył lekko mój bok i w tym momencie jeden z uczniów zobaczył miecz. Od razu zastąpił mi drogę, nie wiedział kim jestem ale wiedział że mam miecz. Padło pytanie skąd go mam a ja... no właśnie milczałem. Drugi uczeń już miał wyciągnięty miecz a mistrz stał z tyłu i się wpatrywał. Po dłuższej chwili milczenia odpowiedziałem że to tylko sama obudowa bez technologi i kryształu,że ma odstraszać oponentów. Nie uwierzył mi. Kazał dać by sprawdzić i w tym momencie wpadłem. Co robić? Dać? Uciekać? A może walczyć? Chciałem uciec ale wtem z mojej lewej strony stanął mistrz z włączonym mieczem świetlnym, po prawej jeden z uczniów i pośrodku to samo. Spaliłem,przegrałem, nie mogłem nic zrobić. I wtedy poczułem znów to silne uczucie, to samo które czułem podczas tamtej masakry. Znowu traciłem panowanie nad emocjami ,teraz żałowałem że trafiły mi się takie kryształy, dawały one bowiem niesamowitą moc temu kto mógł zapanować nad emocjami ale jeśli tracił kontrolę zaczynała wpływać na niego ciemna strona. Próbowałem się wyciszyć ale nagle z prawej padłe cięci z dołu. Natychmiastowo odskoczyłem i wtedy mistrz popchnął mnie mocą i odsłonił moją twarz. Zorientował się kim jestem i stanął. Wtedy nie pozostało mi nic innego jak tylko walczyć do końca, przynajmniej tak wtedy myślałem.

Wyjąłem oba miecze, włączyłem i zapaliło się żółte złowrogie światło. Mistrz nadal stał w miejscu podczas gdy jego dwaj uczniowie zaatakowali pierwsi. Jeden ciał od góry, drugi od dołu widać było że są zgrani i razem trenują, jeden uzupełniał drugiego, ale i tak byli dla mnie za słabi. Parowałem każdy ich cios dodawałem swój, wiedziałem jedno sukcesem do wygranej jest ich rozdzielenie lub zastosowania jakiejś sztuczki. Użyłem mocy i odepchnąłem pierwszego i wtedy drugi zaatakował, lewa, prawa, góra , dól, lewa, lewa,lewa, i góra. Miał schemat ataków ale jedna przeważało, ja miałem 2 miecze on jeden. Jednym mieczem zablokowałem jego cios a drugim zacząłem ciąć, pierwszy nie trafił i drugi też ale trzeci już tak ale nie w ciało w drugi miecz, miecz mojego mistrza. Przyblokował on cios i zaczęli walczyć razem. 3 na 1, strasznie ciężko było mi się kontrolować. Wiedziałem że muszę przejść do ofensywy i zacząłem, cios lewa, prawa, odbicie unik, użycie mocy, i znowu cios z prawej, potem w górę i w dól. Nim się obejrzałem zraniłem już obu uczniów znowu wpadłem w szał. Nie mogłem się opanować. I wtedy w przestrzeni kosmicznej zobaczyłem krążownik Republiki zbliżający się do stacji i wysyłający mniejsze statki do hangaru. Mistrza zaczął krzyczeć że już nie ucieknę, że na tych statkach są kolejni jedi wysłani tu przez niego. Byłem zły, przestawałem panować i w tym momencie straciłem kontrolę nad sobą. Ruszyłem w kierunku mistrza i uczniów. Po chwili uczeń leżał bez ręki. A drugi atakował mnie zajadle. Lecz wystarczyła chwila nieuwagi bym odciął jemu rękę ale wtedy wpadł mistrza i zaczął walczyć z pełną mocą. W tym momencie rozpętała się prawdziwa walka. I ja i on wykonywaliśmy chaotyczne i nie schematyczne ataki obaj walczyliśmy jak równy z równym, przez chwilę łudziłem się że wygram, że uda mi się uciec ale gdy statek Republiki pojawił się w hangarze wyszło z niego 3 jedi i odział 5 żołnierzy. Jedi mnie otoczyli. A żołnierze celowali z broni. Nakazali im ustawić broń na ogłuszający tryb po czym strzelać. Musiałem uniknąć wszystkiego strzały, cięcia, było tego za dużo w pewnym momencie o mało nie dostałem od jednego jedi którego atakowałem i wtedy udało im się mnie postrzelić, straciłem przytomność, jedyne co pamiętam to to by mówili żeby mnie wziąć na statek i zakuć.

I tak obudziłem się tutaj z wami, w tej celi z innymi kryminalistami. Lecimy na Coruscant by dokonać tam żywota. Powiecie że miałem pecha, że może mogłem uciec. Ale tak naprawdę należy mi się po tym wszystkim co zrobiłem. Chociaż może nie zginę? Może pomogą mi dawni przyjaciele, których mam na Coruscant? Kto wie. Jeden dzień się kończy a drugi zaczyna...

Podróż. To jedno słowo opisuje moje życie. Każdy mój dzień to bezustanna wędrówka. W każdym razie od trzech ostatnich lat. Ja? Jestem nikim. Kiedyś byłem kimś zapewne. Nie wiem tego. Otóż trzy lata temu straciłem pamięć. Wszystko to czym byłem przepadło. Moje najwcześniejsze wspomnienie? Światło, ciepło, cisza... Obudziłem się na pustyni w obskurnym namiocie - jeśli można tak nazwać kilka powiązanych razem brudnych i podartych szmat - należącym do starego handlarza złomem imienia, którego nie próbowałem nawet zapamiętać. Nie wiedziałem gdzie jestem, co się ze mną stało ani co najważniejsze, kim jestem. Z początku zaczął mnie ogarniać strach, który stopniowo przeradzał się w panikę ilekroć próbowałem sobie przypomnieć cokolwiek o sobie i swojej przeszłości.

Usłyszałem jakiś dźwięk i momentalnie zastygłem. Mój strach zniknął jakbym go strzepnął z ramienia niczym kurz, automatycznie wstałem i schowałem się za skrzynkami biorąc do ręki leżącą nieopodal rurę. Moje mięśnie napięły się, wyrównałem oddech a mój umysł był całkowicie skupiony i opanowany. Kiedy starzec znalazł się wystarczająco blisko wyskoczyłem z ukrycia i zamachnąłem się lecz w jego oczach dostrzegłem zaskoczenie, które błyskawicznie zamieniło się w strach. Zatrzymałem się a starzec skulił się w obronnym geście zasłaniając się rękami. Zaczął mamrotać coś w jakimś języku. Z początku nie rozumiałem lecz po chwili słowa zaczęły do mnie docierać w znajomym dialekcie, jakbym dopiero je sobie przypomniał. Błagał o życie... Opuściłem broń.

Kilka godzin później wiedziałem już gdzie jestem i jak się tam znalazłem. Starzec znalazł mnie w jakimś kraterze na środku pustyni gdzie miała miejsce bitwa. Dziesiątki dziwnych myśli przebiegły mi w tedy w głowie. Znalazłem się w Beletonie. Jednej z trzech krain Erentu położonej na wschodzie gdzie panowały palone słońcem wiecznego lata pustynie. Nie miałem pojęcia co znaczą te nazwy ani gdzie znajduje się Erent. Następnie dowiedziałem się, że przez sen powtarzałem imię... Abys. W starym języku ludzi oznacza to "otchłań", natomiast w języku vadelków "pustkę".

Hmm? Co to vadelkowie? No tak. Zapomniałem że to inny świat, choć nadal nie mogę wyzbyć się wrażenia, że to również ten sam świat. O rasie vadelków opowiem może innym razem.

Z braku alternatywy przyjąłem imię Abys i rozpocząłem swą podróż po tajemniczym Erencie, w poszukiwaniu ludzi, którzy mogliby mi pomóc. Skądś wiedziałem o ich istnieniu i byłem przekonany, że ci wyjątkowi ludzie będą w stanie przywrócić mi mnie. Nazywano ich "wyklętymi". Nieliczne jednostki, które wciąż posiadały pradawną moc zwaną Szhar. Ci "normalni", którzy owej mocy nie posiadali obawiali się ich. Ludzie boją się tego czego nie znają i nie rozumieją. A z tego strachu dążą do destrukcji. Nie inaczej było w przypadku wyklętych. Społeczeństwo pod światłym przewodnictwem kapłanów wyznających jakiegoś tam swojego boga rozpoczęło prześladowania i pogromy. Coraz mniej było ludzi, którzy mogliby mi pomóc a nawet wśród wyklętych tylko kilku posiadało właściwy rodzaj Szhar, którego potrzebowałem.

Tak wiem zaskakująco dużo o Szhar. Właściwie to chyba wiem wszystko co można wiedzieć o tej mocy. Sam jestem wyklętym, lecz ja potrafię jedynie wpływać na umysły innych a dokładniej ich myśli. Mogę sprawić, że ktoś zapragnie czegoś czego nienawidzi lub znienawidzi swoją największą pasję. Lecz nie przywrócę sobie wspomnień. Do tego potrzeba innej Szhar.

Po trzech latach wędrówki nowy ja - Abys - był już znany na całym Erencie jako niepokonany wojownik, mistrz miecza, błysk śmierci, krwawy żniwiarz i jeszcze kilka innych równie kiepskich tytułów mi przyznawano. Znano mnie i obawiano się nawet w miejscach, w których jeszcze nie byłem. Tak jest właśnie teraz. Dotarłem do Nodarunu, krainy na zachodzie, której górzysty teren skuwa lód nieskończonej zimy. Udało mi się znaleźć wyklętego, który posługuje się Szhar wpływającym na wspomnienia. Nawiązałem z nim kontakt za pośrednictwem tajnych wiadomości - nie chciałem się zbyt szybko ujawniać - i zmierzam właśnie na spotkanie. Przedstawił się jako Sengir. Nie byłem zaskoczony kiedy prosił o całkowitą dyskrecję i spotkanie w jakiejś grocie na kompletnym pustkowiu.

Wieje silny wiatr ostro zacinając śniegiem co poważnie ogranicza moją widoczność. Jedynym wyznacznikiem kierunku są dla mnie "myślowe sondy", które prowadzą mnie przez zamieć. Widzę jaskinię! W końcu ją widzę. Ulga. Zaczynałem się już obawiać czy ją znajdę. W środku nadal jest cholernie zimno ale przynajmniej już mnie nie zasypuje śnieg. Nie ma tu dużo miejsca. Ah jest i człowiek, z którym miałem się spotkać. Dlaczego patrzy na mnie jakby zastanawiał się czy śni? Szczęka opada mu coraz niżej. Jest w szoku... Dlaczego? Czuję niepokój. Coś jest nie tak... Instynkt mnie ostrzega, nauczyłem się już by mu zawierzać. Obaj ciągle stoimy w miejscy i czekamy na coś.

- To ty... - wykrztusił z siebie w końcu. - Ty żyjesz! Jakim cudem żyjesz?!

Co to ma znaczyć? Nie rozumiem o czym on mówi. Spotkaliśmy się już? Nie, pamiętałbym, chyba że...

- Znasz mnie? Wiesz kim jestem?! - krzyknąłem.

- Zabić go!!!

Nagle znikąd pojawiło się czterech żołnierzy dookoła mnie. Jakim cudem ich nie widziałem? Rozumiem. Szhar tego gościa to nie kontrola wspomnień tylko iluzja. Facet jest oszustem!

Moi przeciwnicy są uzbrojeni w długie włócznie. Amatorzy. Nie ma tu miejsca na taką broń. Przyjąłem postawę odrzucając gruby płaszcz i kładąc rękę na rękojeści mojej katany. Czas zwolnił... Zawsze tak się dzieje. Adrenalina krąży po ciele. Umysł zaczyna pracować na zupełnie innych obrotach, przetwarzając informacje z ogromną prędkością. Następnie trzeba tylko sprawić by ciało nadążało za mózgiem. Dlatego zwykły żołdak, który przeszedł jedynie szkolenie i nie dba o swoją kondycję polegnie w walce.

Jestem opanowany. Nie czuję nic. Widzę i słyszę wszystko. Żołnierz po prawej przede mną za szybko się zbliżył zostawiając resztę sekundę w tyle. Tyle mi wystarczy. Jeden krok i moja klinga pozbawiła go głowy, gładkim precyzyjnym cięciem, szybszym niż zwykłe oko jest w stanie dostrzec. Dwóch gości będących wcześniej za mną wpadło na martwe ciało swojego kompana a trzeci facet zahaczył swoją swoją włócznią o jego kirys przez co stracił równowagę. W tym samym momencie mój miecz przebił jego pancerz i sięgnął serca. Silne kopnięcie uwolniło moją broń i posłało kolejnego trupa na pozostałych dwóch przeciwników wciąż szamoczących się z moją poprzednią ofiarą. Przewrócili się. To ich koniec. Jedno cięcie i z gardeł obu nieszczęśników trysnęła szkarłatna krew. Czuję jej metaliczny posmak na ustach. Czuję... pustkę. Odwracam się i patrzę na oszusta. Zsikał się kiedy napotkał mój wzrok. Wiem jak wyglądam kiedy walczę. Moje oczy przybierają kolor jasnego lazuru sprawiając wrażenie świecących na tle zakrwawionej twarzy a źrenice zwężają się w pionowe szparki jak u węża.

Nie muszę czytać w myślach tego oszusta by wiedzieć jaki chaos opanował jego umysł. Obraz wokół mnie zmienił się niespodziewanie. Jestem w jakimś mrocznym lesie, do którego nie dociera światło słońca ani księżyca. Iluzja. Ma jedną poważną wadę. Wystarczy uświadomić sobie co jest rzeczywistością a co nie i sama znika. Znów jestem w lodowej jaskini, patrząc na tego biednego, małego człowieczka, którego spodnie cuchną szczynami a oddech strachem.

- Mów - powiedziałem.

Oszust się śmieje. Stracił rozum ze strachu?

- Nie wyjdziesz stąd żywy Deth. Wojsko czeka już na ciebie na zewnątrz. Nie masz żadnych szans. Imperator nie pozwoli ci żyć!

W jego ręce błysnął nóż. Był za daleko żebym zdążył zareagować. Przebił swoje gardło. Widzę jak umiera a życie powoli znika w jego oczach. Strzepnąłem krew z mojej klingi i schowałem ją do pochwy.

Imperator to władca Nodarunu. Dlaczego chce mojej śmierci? Czy zna mnie? Czym mu się tak naraziłem. Dlaczego ten oszust nazwał mnie Deth? W starym języku ludzi oznacza to śmierć. Czy to moje prawdziwe imię? Tyle pytań... żadnych odpowiedzi. Gniew. Teraz go czuję. Potężny gniew, który dodaje mi sił. Nie mogę mu jednak ulec. Gniew to tylko pozorna siła, może być zgubna. A ja nie zamierzam jeszcze umierać. Muszę uciec z tej krainy. Jednak wpierw trzeba się stąd wydostać żywym.

Zamieć uderzyła we mnie kiedy wyszedłem z groty, lecz pozostaję niewzruszony. Nie czuję chłodu. Znowu nie czuję nic. Widzę i słyszę wszystko. Czas zwalnia... To będzie długa noc.

Hej znajomy dopiero pokazał mi tę stronkę i ów konkurs sugerując bym spróbował swoich sił. Podejrzewam, że liczy iż jemu przekażę kluczyk w razie wygranej :) cóż rozczarowanie to część życia ;) życzę miłej lektury :D

~Z pamiętnika Wojownika Mroku. Dzień jedenasty, trzeciego miesiąca po zajęciu Ciernistych Dolin przez Urungich.~

To już kolejny dzień. Ale zacznijmy od reguły. Przydomkiem mym Krwawy Szept, prawdziwego imienia dawno zapomniałem. Dawniej byłem Wojownikiem Mroku, dzisiaj... dzisiaj tułam się po czeluściach jaskiń próbując odnaleźć Kato - przywódcę Urungich. Nie mam specjalności. Po prostu zabijam. To mój jedyny cel i przeznaczenie.

Nie wiem ile już tu siedzę. Dni wybieram na ślepo. Staram się nie zwariować, dlatego piszę. Mam przy sobie tylko broń. Pożywieniem stały się dla mnie robactwo i korzenie. Wody mam pod dostatkiem. Dzisiejsze notatki będą ostatnimi bowiem wykrwawiam się po walce z Ich przywódcą. Ostatnie zlecenie spełnione. Szkoda tylko, że nie dostanę zapłaty. Pierwsze i ostatnie zadanie za które mi nie zapłacono. Czy to hańba dla najemnika?

Ale do rzeczy. Pułapka, którą przygotowałem na Kato okazała się sukcesem. Chociaż jak tu nie nazwać sukcesem, gdy nagi bezbronny mężczyzna wystawia się przed ich główną bramę? Muszę wam powiedzieć, że komicznie było oglądać ich miny. Stado pokrak, które nie wiedziały co zrobić. Prawdopodobnie nie spodziewali się, że taka postać może wszystkich wyrżnąć. Omijając konwersację - gdy ich wysłannik podszedł do mnie, mój sztylet momentalnie znalazł się w jego szyi. Czar prysł, a mój ekwipunek powrócił. Nie trzeba było długo czekać, żebym wbiegł na mury, w międzyczasie wypijając Zakazaną Krew. W moment stałem się furiatem. Moje mięśnie stały się twarde niczym stal, umysł pracował o wiele wydajniej, na plecach pojawiły się wielkie zakrwawione skrzydła, a w głowie dudnił jeden głos. "Zabić, zabić, zabić". To zdumiewające, że za każdym razem wszystko pamiętam, choć moje ciało porusza się samo. Gdy po kilku sekundach wyczyściłem górę, stanąłem na głównym dziedzińcu, złapałem głęboki oddech i wykrzyczałem imię syna przywódcy, którego wcześniej na jego oczach pozbawiłem głowy - było to podczas walki o stolicę. Nie musiałem długo czekać, aż władca pojawi się naprzeciwko mnie. Pełna gniewu bestia. Wielki na 200 stóp, miał czerwoną, krótką sierść, z twarzy przypominał szczura, korpus miał ludzki, a łapy jakby kocie. Nie posiadał zbroi - jego skórę przecinały jedynie diamenty, o których nie słyszano od lat. W jednej ręce trzymał dwustronny topór, z drugiej wyrastał mu ostry niczym brzytwa róg. Jego oczy wręcz świeciły od szkarłatu. Ryknął tak mocno, że ściany jaskini zadrżały i ruszył na mnie. Pierwszy atak był tak mocny, że siła odrzutu przebiła mnie przez trzy domy. Nie poczułem nic, bowiem ból jest mi obcy. Nim zdążyłem wstać jego topór zdążył się nade mną znaleźć. Oderwałem się od ziemi i uderzyłem w niego pięścią. Odbił się niszcząc Pałac i kilkanaście domów. Wzleciałem do góry, wypiłem drugą dawkę Zakazanej Krwi. Wiedziałem, że nie udźwignę kolejnej dawki, ale nie mogłem przegrać. Nigdy nie przegrywam, a to był najmocniejszy przeciwnik z jakim walczyłem. Zacząłem mutować. Na moich plecach pojawiło się kolejnych 5 par skrzydeł. Moja siła zwiększyła się do tego stopnia, że zaczęła zaburzać grawitację. W ustach wyrosły mi kły. Już wtedy wiedziałem, że przebudziłem w sobie Ostatecznego. Jest to boża forma Wojownika Mroku. Tylko wybrańcy są w stanie ją posiąść. Ruszyłem wprost na Kato. Moje ruchy były szybkie i precyzyjne. Nie miał chwili na obronę. Gdy przygwoździłem go do ziemi, chwyciłem go za obie ręce i wyrwałem z uśmiechem. Jego łapska runęły na ziemie a on przeraźliwie ryknął. Myślałem, że to koniec. Opuściłem gardę. Gdyby nie ten fakt, może udałoby mi się przeżyć. Zamknąłem oczy, żeby odetchnąć i wtedy pierwszy raz poczułem ból. Pierwszy raz poczułem, że moje ciało żyje, bowiem od wieków żyłem między dwoma światami. Ani żywy ani martwy. Otworzyłem oczy i spojrzałem w dół. Z ust rywala wyrastał ogromny róg, który prowadził wprost do mojej klatki, przechodził przez pierś, a w niej przez serce, wychodząc plecami. Splunąłem krwią. Szybkim ruchem odłamałem róg i wyciągnąłem go z piersi. Padłem na ziemię, a róg poturlał się wzdłuż rynsztoku. W głowie miałem masę myśli. Nie wiedzieć czemu zacząłem umierać. Czyżby moje serce było kluczem do wolności. Wraz z bólem wróciły moje ludzkie wspomnienia i uczucia. Przez chwilę myślałem, że się popłaczę, jednak ucieszyłem się z takiego końca. W końcu umieram jako człowiek. Mogę odejść do swoich bliskich.

Eliksir właśnie przestaje działać. Moje ciało jest ludzkie. Ja i moje wspomnienia zostaniemy pogrzebani żywcem, ponieważ za chwilę ładunki runiczne wysadzą całą górę. Jeżeli jednak odkopiecie ten pamiętnik musicie pamiętać, by nie otwierać głównych więzień, ponieważ to co się tam znajduje ~~\\~/~.. .. .

Byłem sobie dziś z klerykiem u kowala, gdyż chciał sobie wybrać uzbrojenie na nową instancję.
Wchodzimy do kowala i już od pierwszego rzutu okiem go zauważyłem - mały krasnolud biegający po kuźni z gałą i drący się wniebogłosy - standard, jak to u kowala. Olałem.
Kleryk wybiera nową zbroję, ja oczywiście przytakuję, że tak, ładne, pasuje ci do setu, ma dobre staty. Idziemy do przymierzalni.
On się chowa za kotarą, mówi żebym trzymał i nie podglądał jak przymierza nową zbroje. No ok, prywatność, rozumiem. Stoję więc tak sobie i trochę mi się nudzi. I nagle uderzenie w tył pleców. Odwracam się, a z tyłu ten krasnolud z nunczakami ze stojącego nieopodal stoiska dla ninjy. Uśmiechnąłem się w jego stronę. Odszedł. Po kilku chwilach to samo - cios w plecy, za mną ten karzeł. I jeszcze raz.
Się wkurzyłem, widzę że na chwilę zniknął, więc opuściłem kleryka na te 30 sekund, podbiegłem do stoiska z rzeczami dla ninjy, wziąłem drewnianą katanę i wróciłem na stanowisko. Czekam.
Kiedy poczułem uderzenie w plecy, odwróciłem się z całych sił przypieprzyłemm na odlew w łeb drewnianym mieczem, aż się krasnal poskładał w miejscu i przestał ruszać. Nagle podbiega kowal i się drze, że strażników wezwie etc., to dziadowi też przyrąbałem, dodając jeszcze nad truchłem "KENDO DROGA MIECZA KMIECIU".
Kleryk kupił jeszcze nowe nagolenniki i hełm tego dnia.

Dzień nieznany, data i miejsce nieznane. Tekst znaleziony przy szkielecie jednego z generałów.

Nasz wielki wladca Godryk wyslal nas na "najwspanialsza bitwę w dziejach historii". "Przysluzycie się naszemu krajowi jeszcze bardziej niż kiedykolwiek". Dowodzilem oddziałem kawalerii w ilości 5 tysięcy żołnierzy. Ustawilismy się na polu bitwy, jednak nigdzie nie było widać wrogich oddziałów. Coś było nie tak. Nie tylko ja to czulem ale i też cała armia. Kazałem wysłać zwiadowcow na polnoc skąd mieli się pojawić przeciwnicy. Czekaliśmy. W jednym rytmie było słychać bicie serc, które wraz z czasem przyspieszalo z niepewności. Po jakimś czasie było słychać donośne uderzenia skrzydeł. Spojrzelismy w górę. Anioły niosly naszych zwiadowcow razem z końmi. Jak oni mogli być tak silni? To była tylko iluzja. Anioły używaly telekinezy aby przenieść ciała naszych ludzi. Jednak nastąpiło cos niezwykłego. Anioły słyną z dobroci, a te z kilkuset metrów zrzuciły ciała na ziemię. Przy kontakcie z ziemią bylo słychać tylko trzaśnięcie kości i rozbryzg ludzkiego i zwierzęcego mięsa. Latające istoty chórem zaśpiewały.

Cialo jedynie barierą.

Inna dusza juz czeka.

Wojownicy juz się mierzą

Ze słabościami człowieka.

Potrzeba wiele wiecej

Ofiar z łona poczętych,

Aby mozna było uznać

Rytuał za rozpoczęty.

Teraz to do nas dotarło. Wyslal nas na śmierć. 200 tysięcy żołnierzy na odstrzał. Nawet najlepsi z nas nie potrafili opanować strachu. Wkolo nas zaczęła pojawiać się mgła. To nie była zwykła mgła. To była mgła stworzona z dusz oczekujących aby przejąć nasze ciała. Czulem na sobie grobowo zimne dotyki dusz krążących wkolo mnie. Nie zastanawiając się zbytnio wziąłem swój sztylet i rozcialem zbroje na wysokości klatki piersiowej. Sztyletem wyrylem znak naszego Boga, który zabiera duszę do miejsca w którym może odpoczywać spokojnie. Wierzylismy ze to chroni tez przed zlymi mocami i duchami. Po chwili straciłem przytomność. Po kilku godzinach obudziłem sie w nienaruszonym stanie. Jednak wkolo mnie stali moi żołnierze. Czyżby to był tylko zły sen? Probowałem podejść do jednego z nich, ale wydobył z siebie jakiś nienaturalny wrzask. Juz wiedziałem wszystko. Zostałem sam, a naokoło sami opętani. Krazyli wkolo mnie jednak nie atakowali mnie. Spojrzałem na swoją klatkę piersiową. Wiec o to chodzi. Boją sie tego znaku. Czyli nie mogą nic zrobić. Póki mogłem, w asyście moich żołnierzy, postanowiłem się rozejrzeć. Wkolo mnie topory, połamane łuki, strzały wbite w ciala moich ludzi jak i w tych... (tekst zaplamiony krwią). Prawdopodobnie ci których dusza pozostała na miejscu próbowali walczyć. Wiem o co chodzi z tym obrzadkiem. Nasz władca chciał dopełnić starożytny rytuał polegający na przemienieniu swojej armii w Legion Żywych jak on to śmiał nazwać. Przemienieniu swoich ludzi w nieśmiertelne kreatury, których praktycznie nie da się pokonać. Nie przewidział jednak jednej rzeczy. Teraz te 200 tysięcy żołnierzy błąka się po tym polu bitwy jako bezmyślne kreatury. Nie służą nikomu, a donośne warczenie, które można usłyszec co chwile na dość spora połać terenu dochodzi z ich brzuchow. To krzyk głodu. Niezaspokojonego głodu. Zaczynają zjadać się nawzajem. Jednak, gdy jeden pożre drugiego, ten pierwszy przejmuje jego siłę. Z tych 200 tysięcy teraz zrobiło się ledwie 50... Król nazwał ich Legionem Żywych. Jakże mógł się tak pomylić. Ja nazywam ich Nienasyconymi. Powodzenia Królu Godryku, gdy już będziesz w piekle, musisz wiedzieć że już tam na ciebie czekamy.

Generał Maverick.